Kredytowe przygody mikroprzedsiębiorcy, czyli jak (NIE) zaciągnąć kredytu w Polsce

Robert Mucha

Polskie banki w ciągu ostatnich dwóch dekad wykonały ogromny skok organizacyjny i technologiczny. Te z nich, w które zainwestowały zagraniczny kapitał, pod tym względem niejednokrotnie biją na głowę flagowe banki swoich właścicieli. Ogromny postęp dokonał się też na polu oferty. W przypadku większości segmentów rynku, oferta jest bardzo dobrze dostosowana do ich specyfiki – z jednym, wyraźnym wyjątkiem.

Mikroprzedsiębiorców. A dokładniej: kredytów dla mikroprzedsiębiorców.

Prawdziwa historia — kredytowe przygody mikroprzedsiębiorcy, czyli jak NIE wziąłem pożyczki Click To Tweet

W dzisiejszym tekście opisujemy przykład – prawdziwy przykład – perypetii, z jakimi może wiązać się ubieganie się o kredyt na bieżącą działalność mikroprzedsiębiorców.

Super okazja, czyli potrzebuję gotówki…

Pojawiła się okazja: mój dostawca oferuje sporą zniżkę za towar. Jest jednak warunek – całość ceny muszę opłacić z góry. Oznaczałoby to jednak pozbycie się niemal całej gotówki z rachunku, a tego nie chcę robić. Podejmuję więc decyzję: wezmę kredyt.

Wkrótce przekonam się, że wykorzystywanie nadarzających się okazji jest trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.

Początki są jednak obiecujące. Swoje kroki kieruję do banku, w którym konto mam ja i konto ma moja niewielka – bo jednoosobowa – firma. Właściwie nie tyle kroki, co cyfrowe kroki: odwiedzam stronę internetową banku. Dotychczasowa współpraca, najbardziej intensywna w zakresie finansów prywatnych, przebiegała bez zarzutów.

Kredyt dla małych firm pojawia się już na głównej stronie, z zachęcającym linkiem: „złóż wniosek”. Ale spokojnie. Zanim złożę wniosek, chcę sprawdzić, o co wnioskuję. Więc sprawdzam.

Super oferta, czyli biorę to!

Informacje o kredycie dla mikroprzedsiębiorców (to ja!) są co najmniej zachęcające: „wypłata środków w 24 godziny od umowy”, „decyzja kredytowa w pół godziny”, „do pół miliona zł” i to wszystko „bez zabezpieczeń”.

W dodatku wszystko to można załatwić od ręki, „w czasie jednego spotkania w placówce”.

Klikam więc przycisk: „złóż wniosek”.

I tu pierwsza niespodzianka. Po kliknięciu przycisku „złóż wniosek”, nie pojawia się przede mną opcja złożenia wniosku. Zamiast tego widzę formularz kontaktowy: zostaw telefon, oddzwonimy.

Nie, dziękuję. Dzwonić potrafię sam. Zresztą, po co mam rozmawiać z anonimowym pracownikiem infolinii? W oddziale mam opiekunkę klienta, ja ją znam, ona mnie zna, nie potrzebuję pośrednika, który by mnie z nią umawiał.

Pierwsze problemy, czyli oferta wcale nie jest taka super…

Dzwonię.

– Dzień dobry. Potrzebuję finansowania – mówię do mojej doradczyni.

– Proszę przyjechać.

Rozmowa na miejscu, w placówce:

– Potrzebuję 20 tys. na 6 miesięcy, pojawiła się okazja kupna towaru, chciałbym wiedzieć, ile mnie to będzie kosztowało, żeby przeliczyć, czy opłaca mi się z tej okazji skorzystać

Dowiaduję się, że mogę dostać kredyt na rok, a cenę poznam po akceptacji wniosku. O ile oczywiście wniosek zostanie zaakceptowany. Umawiamy się na 16:00 na kolejny dzień. Wcześniej mam dostać mailem listę niezbędnych dokumentów. I rzeczywiście dostaję – moja bankowa opiekunka jest solidną osobą.

Okazuje się, że oprócz PIT-ów z dwóch ostatnich lat, o których była mowa na stronie internetowej, potrzebna będzie też książka przychodów i rozchodów, również za dwa ostatnie lata. Wydruki mają być opieczętowane i podpisane przez księgową. Właściwie na jutro wystarczą wydruki lub skany bez podpisów i pieczątek, ale muszę je mieć, kiedy będę podpisywał umowę. Samo podpisanie umowy odbędzie się już w czasie osobnego spotkania.

„Osobne spotkanie”. Czy ja przez przypadek nie czytałem wcześniej, że decyzja miała być po 30 minutach?

Dopytuję:

– W ramach szybkiej ścieżki (czyli tej „w ciągu 24h”) całość potrwa jakiś tydzień, licząc od złożenia wniosku do podpisania umowy i wypłaty – wyjaśnia mi opiekunka klienta.

Aha.

– A jakich cen mam się spodziewać?

– Prowizja od 3% do 6%, oprocentowanie: WIBOR 1M plus marża od 5% do 8%. Plus opłata za udzielenie kredytu: 50 zł, plus opłata za niewykorzystany limit 1,5% (czyli, jak szybko liczę, z tego tylko tytułu zapłaciłbym bankowi 150 zł).

Oprocentowanie jest przyzwoite, szkopuł tkwi w pozostałych kosztach. Stanowią one, w zależności od wariantu, od mniej więcej połowy do dwóch trzecich wszystkich kosztów. Jak później policzę, RRSO (Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania) waha się w tym przypadku od 15,9 do 35,3%.

– Dobrze, to poproszę ten wniosek – decyduję.

Wpisuję dane adresowe firmy, wpisuję dane osobowe, wpisuję REGON – z cichą myślą z tyłu głowy, że przecież te wszystkie dane bank i tak ma w systemie, więc mógłbym po prostu dostać częściowo wypełnione wydruki.

Kiedy wypełniam dane dotyczące przychodów i kosztów (z przyniesionej przeze mnie książki przychodów i rozchodów), pani opiekunka spogląda najpierw w formularz, a następnie na mnie. Na mnie – z dezaprobatą.

– Może być problem ze zdolnością – mówi.

Bo przychody, owszem, są regularne i z grubsza pokrywające koszty, ale jedynie z niewielką nadwyżką. Jak wielu drobnych przedsiębiorców, w koszty wrzucam co tylko urząd skarbowy pozwoli: samochód, telefon, komputery. Wyjście na zero lub nieco powyżej zera to w pierwszych latach działalności dobry wynik.

– Auto jest na kredyt? – pyta opiekunka klienta.

Jest w leasingu, w związku z czym dostaję dodatkową tabelkę do wypełnienia. Mimo najszczerszych chęci i determinacji, by każdy wpisany grosz wynikał z dokumentów, niektóre wartości wpisuję z pamięci. Mam nadzieję, że są na tyle bliskie stanu faktycznego, że w razie kłopotów nikt nie uzna mnie za oszusta. Poświadczenie nieprawdy to zdaje się przestępstwo, nie mówiąc już o wyłudzaniu kredytów.

Formularz wypełniam w jednym egzemplarzu. Kiedy kończę, proszę o kopię.

– Nie mogę Panu dać.

– Czemu? – pytam zdziwiony.

– To wewnętrzny dokument banku – dostaję odpowiedź.

Nie posiadam się ze szczęścia. Nie dość, że miałem wgląd w wewnętrzny dokument banku, to jeszcze mogłem po nim bazgrolić!

Długi proces staje się jeszcze dłuższy…

Wracam do zasadniczego formularza. Na kolejnej stronie rubryczka „inne przychody gospodarstwa domowego oraz koszty”. Dobrze – myślę – mam zlecenia, żona pracuje, dodatkowo mam dochody z najmu. Ani chybi, podniesie mi to zdolność.

– Ekhm… – odchrząkuje moja doradczyni – koszty mogą być przybliżone, ale cokolwiek Pan wpisze w dochody, musi Pan to udokumentować, a weryfikacja będzie trwała wiele dni.

Odczytuję aluzję. W pozycji „koszty” pojawia się okrągła, zgodna z moją najlepszą wiedzą, liczba. W pozycji „przychody” liczba również jest okrągła. Jednocyfrowa.

Zero.

W duchu żegnam się z perspektywą wzięcia kredytu we własnym banku.

***

Następnego dnia dostaję SMSa: alert z BIK, ktoś sprawdza moją zdolność kredytową. Bez niespodzianek, to nie komornik, to mój bank.

Kilkanaście minut później odbieram telefon. Dzwoni moja opiekunka z banku.

Tu również nie ma niespodzianek.

Nie mam zdolności kredytowej.

Ten tekst jest prawdziwą relacją z odwiedzin strony internetowej oraz kontaktów z pracownikiem banku. Informacje, jakie otrzymałem od pracownika, nie zawsze były spójne z informacjami dostępnymi na serwisie internetowym banku. Niespójności te mogły mieć wiele przyczyn, nie zakładam tu ani złej woli mojej bankowej opiekunki (z którą, jak wspominałem, współpraca układa mi się bardzo dobrze), ani niepełnej informacji na stronie internetowej. Są jednak elementem rzeczywistości, z jaką nierzadko musi mierzyć się przedsiębiorca, chcący wziąć kredyt.

Jeśli Ciebie spotkał podobny przypadek, podziel się swoją historią w komentarzu!

Jak oceniasz powyższy artykuł?

Kliknij wybraną gwiazdkę by ocenić go!

Średnia ocena / 5. Liczba ocen:

Przykro nam, że artykuł Cię rozczarował!

Pomóż nam go ulepszyć!

Robert Mucha

Przedsiębiorca, miłośnik społecznie odpowiedzialnego biznesu i znakomity project manager. Przez kilkanaście lat zarządzał procesami dotyczącymi logistyki i bezpieczeństwa w Shell w Polsce i Skandynawii.