Test przedsiębiorcy – wiele hałasu o nic czy zwiastun problemów?

Aleksander Widera
5
(2)

Test przedsiębiorcy przez ostatnie dwa miesiące elektryzował media i – przede wszystkim – osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą. Skąd wzięła się cała afera, na czym miał polegać test przedsiębiorcy, kto miał najwięcej powodów do obaw i czy można już spać spokojnie? Sprawdźmy.

Mało kogo trzeba przekonywać, że liniowy podatek PIT dla osób prowadzących własną działalność to korzystna forma opodatkowania. Niska stawka podatku, możliwość „wrzucenia w koszty” wydatków, odliczenia VATu od zakupionych towarów i usług oraz niskie składki na ubezpieczenia społeczne sprawiają, że jednoosobowa działalność gospodarcza staje się atrakcyjną alternatywą dla umowy o pracę czy zlecenia. Szczególnie interesująca jest dla osób, które w normalnych warunkach przekroczyłyby drugi próg podatkowy.

Jednak oszczędności finansowe to nie tylko korzyści dla podatnika, ale też mniejsze wpływy do budżetu. Nic więc dziwnego, że rosnąca popularność samozatrudnienia przyciągnęła uwagę fiskusa.

Pierwsze pomruki burzy

Zamieszanie z testem przedsiębiorcy zaczęło się pod koniec marca tego roku. Już wcześniej jednak dochodziły sygnały, że rząd bacznie przygląda się jednoosobowym działalnościom gospodarczym. Na przykład, 31 stycznia 2019 Ministerstwo Finansów opublikowało objaśnienia dot. raportowania schematów podatkowych. W obszernym dokumencie znalazło się m.in. stwierdzenie, że „przejście na samozatrudnienie” może być właśnie schematem podatkowym.

6 lutego w Dzienniku Gazecie Prawnej ukazał się wywiad z wiceministrem finansów, który 2 dni później ta sama gazeta podsumowała artykułem pod nie pozostawiającym złudzeń tytułem „Fiskus oddzieli samozatrudnionych od przedsiębiorców”.

Test przedsiębiorcy: „nawet mysz się nie prześlizgnie”

Informacja o teście przedsiębiorcy trafiła do opinii publicznej w mniej formalny sposób, ale jej echo było dużo silniejsze.

Na organizowanych przez Fundację CASE na Uczelni Łazarskiego warsztatach podatkowych, wydarzeniu przygotowanym z myślą o wąskim gronie specjalistów, jeden z urzędników Ministerstwa Finansów powiedział, że resort „pracuje nad testem przedsiębiorcy”. Intencją twórców miał być mechanizm na tyle szczelny, „żeby nawet mysz się nie prześlizgnęła”.

Słowa te być może pozostałyby tylko w gronie ekspertów, gdyby nie to, że zrelacjonowała je Rzeczpospolita, która sprawowała patronat medialny nad warsztatami.

Konsekwencje dla tych, których test zweryfikuje negatywnie, miały być wedle gazety bolesne. Przewidywano utratę możliwości rozliczania się w oparciu o stawkę 19% i brak możliwości zaliczania wydatków w koszty i stosowania właściwych dla przedsiębiorców stawek ZUS.

Prawie się udało

Na reakcje nie trzeba było długo czekać. Już kolejnego dnia, również w Rzeczpospolitej, ukazał się tekst… „Test przedsiębiorczości da się obejść” – mimo że tak naprawdę nie były znane żadne szczegóły nowego rozwiązania! Dzień później od pomysłu zdystansowało się samo Ministerstwo Finansów twierdząc, że „żadnego projektu w tej sprawie nie ma”. Dodatkowo, Ministerstwo próbowało umniejszyć wagę problemu stwierdzeniem, że „ta kwestia dyskutowana jest podczas standardowych analiz”.

Pomysł zdążyło jednak ocenić – w dużej mierze krytycznie – wielu ekspertów, poddając w wątpliwość realność rozwiązania. Sceptyczne głosy można było usłyszeć także z rządu – konkretnie od minister przedsiębiorczości i technologii, Jadwigi Emilewicz.

Tym niemniej, wydawało się, że sprawa przycichnie. Test przedsiębiorczości jednak wrócił z hukiem.

Rollercoaster dla samozatrudnionych

17 kwietnia dziennikarze wytropili „test przedsiębiorcy” jako jedno z działań przewidzianych w projekcie tzw. Aktualizacji Programu Konwergencji (APK) – oficjalnym dokumencie przedkładanym okresowo Unii Europejskiej. W dodatku, pojawiła się tam data wejścia w życie rozwiązania – 1 stycznia 2020 –  oraz kwota, jaką miałoby przynieść: 1,2 mld zł.

Sporo konkretów, jak na pomysł, który wcześniej nie miał nawet roboczego harmonogramu.

Tym razem musiał interweniować sam premier Morawiecki, który zapewnił, że testu przedsiębiorczości nie będzie. Sformułowanie „test przedsiębiorcy” zniknęło też z ostatecznej wersji APK, ale… to wcale nie uspokoiło rynku.

Dlaczego?  Bo w jego miejsce w APK pojawiło się „uszczelnienie kwalifikacji przychodów do źródła ‘pozarolnicza działalność gospodarcza’”. Czyli dokładnie to, co było celem testu przedsiębiorczości.

W dodatku po raz kolejny zabrała głos minister Jadwiga Emilewicz. Jej wypowiedź, zamiast uspokoić nastroje, raczej pogłębiła niepewność. Chodziło o słowa „nie trzeba wprowadzać nowych przepisów w tym zakresie. Wystarczy skutecznie egzekwować obowiązujące prawo, tak aby przedsiębiorcy go nie omijali.” Komentatorzy obawiali się, że może to być zapowiedź wzmożonych kontroli lub bardziej restrykcyjnych interpretacji obowiązującego prawa.

Obawy są tym bardziej uzasadnione, że o podobnych kontrolach – i niekorzystnych dla podatników rozstrzygnięciach – już słyszeliśmy. Przykładem negatywnej weryfikacji były na przykład przypadki piłkarzy, którzy ze swoimi klubami podpisywali umowy jako firmy.

Na czym miałaby polegać weryfikacja?

Mimo że założenia testu przedsiębiorcy nigdy nie ujrzały światła dziennego, to dziennikarzom i ekspertom udało się stworzyć dość prawdopodobny obraz tego, na czym weryfikacja – o ile weszłaby w życie – mogłaby polegać.

Stosunkowo naturalnym kryterium jest tzw. kryterium ekonomicznej zależności. Początkowo mówiło się o tym, że przesądzać będzie wystawianie przez przedsiębiorcę faktur tylko jednej firmie przez dłuższy czas (potwierdzały to źródła w MF). To jednak stosunkowo łatwe do obejścia kryterium, dlatego zostało ono nieco „poluzowane”: o ekonomicznej zależności można by mówić, gdy 75% przychodów danej firmy generowanych jest przez jednego odbiorcę.

Na szczęście dla przedsiębiorców, to nie jedyne kryterium. Pozostałe określa ustawa o PIT, która definiuje, co nie jest „pozarolniczą działalnością gospodarczą”. A nie jest nią działalność, która jednocześnie spełnia  wszystkie poniższe warunki:

  • odpowiedzialność wobec osób trzecich za rezultat danej działalności spoczywa na zlecającym wykonanie danej pracy,
  • działalność wykonywana jest w miejscu i czasie wyznaczonym przez zlecającego oraz pod jego kierownictwem,
  • wykonawca nie ponosi ryzyka gospodarczego związanego z prowadzoną działalnością.

Konsekwencje dla zweryfikowanych negatywnie

Skutki uznania kogoś przez urzędników za „nie-przedsiębiorcę” mogą być bolesne. Oczywista jest utrata przywilejów związanych z liniowym PITem. Korekta może sięgać nawet 5 lat wstecz, więc dla osób generujących wysokie koszty, to może być to dotkliwy cios. Faktyczne koszty zastąpione zostałyby zryczałtowanymi kosztami uzyskania przychodów, a to w większości przypadków zaledwie 1335 zł rocznie.

To jednak nie wszystko: pojawia się jeszcze kwestia składek ZUS oraz podatku VAT. Faktury wystawione przez takiego pechowego ex-przedsiębiorcę stałyby się tzw. fakturami pustymi, co oznacza brak możliwości rozliczenia VAT także przez… nabywcę. A to oznacza potencjalnie ogromne problemy dla wszystkich stron.

Czy „prawdziwym przedsiębiorcom” coś grozi?

Patrząc na warunki wystarczające do tego, by zostać uznanym za przedsiębiorcę, większości z nich prawdopodobnie nic nie grozi. Jeśli prowadzisz na przykład sklep lub zakład usługowy, szanse na to, by ktokolwiek miał wątpliwości co do natury Twojej działalności, są znikome.

Obawy mogły mieć jedynie te osoby, dla których jednoosobowa działalność gospodarcza służyła wyłącznie temu, by jak najmniej oddawać fiskusowi, a nie zajmować się prowadzeniem własnego biznesu. Innymi słowy: te, które wykonują „etatową” pracę na rzecz kontrahenta, który tak naprawdę jest po prostu pracodawcą.

Pewne wątpliwości mogły też dotyczyć mikroprzedsiębiorców – na przykład budowlanych – którzy zawarli długoterminowe kontrakt i znakomitą większość pracy wykonują dla jednego kontrahenta. W takim przypadku mówilibyśmy jednak raczej o błędzie w stosowaniu testu, a nie celowym wymierzeniu go w takie mikrofirmy.

Prawdopodobieństwo tego typu błędów jest zresztą raczej niewielkie. Rządowe szacunki mówiły o około 150-160 tysiącach podmiotów, które miały być objęte testem – i około 80 tysiącach, które prawdopodobnie by go nie zdały. To niewiele, w skali ponad 2 milionów jednoosobowych firm.

Czy sprawa testu przedsiębiorcy jest zamknięta?

Nie jest pewne, czy kwestia „testu przedsiębiorcy” – lub jakichkolwiek działań, które miałyby go zastąpić – jest już zamknięta.

Optymizmem napawa fakt, że w niedawnej interpretacji podatkowej, fiskus uznał, że wiązanie się z jednym pracodawcą w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej jest akceptowalne.

Z drugiej strony rząd nigdy wcześniej nie sugerował, że kwestia samozatrudnienia będzie w jakiś sposób badana. W ostatnich miesiącach to się jednak zmieniło.

Czas pokaże, czy zmiana była tylko przejściowa, czy trwała.

Przeczytaj także:

Jak oceniasz powyższy artykuł?

Kliknij wybraną gwiazdkę by ocenić go!

Średnia ocena 5 / 5. Liczba ocen: 2

Przykro nam, że artykuł Cię rozczarował!

Pomóż nam go ulepszyć!

Aleksander Widera

Zainspirowany przez przyjaciół rozpoczął projekt Kredytmarket, przekonał inwestorów i pozyskał do współpracy wspaniałych ludzi. Wcześniej przez 15 lat związany z rynkiem produktów inwestycyjnych (ipopema), bankowością (mBank) i usługami doradztwa gospodarczego (pwc).