Czego banki nie mówią o kredytach – lub mówią w ostatniej chwili?

Justyna Skorupska

Każdy bank swój kredyt chwali – można powiedzieć parafrazując popularne przysłowie i właściwie trafić w sedno. I nic dziwnego, w końcu przysłowia mądrością narodów, a to konkretne przysłowie bardzo dobrze zniosło próbę czasu. Tak dobrze, że można zastanowić się, czy przez przypadek nie zostało ukute setki lat temu przez mikroprzedsiębiorcę starającego się w banku o kredyt na rozwój działalności 😉

Banki, jak wszyscy sprzedawcy, koncentrują się na zaletach swojej oferty. Oczywiście mają wiele znakomitych produktów – polska bankowość elektroniczna należy do światowej czołówki – ale akurat oferta kredytów dla drobnych przedsiębiorców nie jest najmocniejszą stroną sektora bankowego. Oczywiście instytucje te mówią o swoich usługach jak najlepiej, jednak często się zdarza, że po prostu nie mówią wszystkiego, ukrywając przykre niespodzianki (na przykład w gąszczu zapisów umów).

Zacznijmy może od oczywistości.

1. Ukryte koszty i.. produkty

Bo to jest oczywistość: jeśli widzisz wyjątkowo atrakcyjne oprocentowanie, powinieneś baczniej przyjrzeć się prowizji. Jeśli widzisz hasło „bez prowizji”, zwróć uwagę na oprocentowanie, opłaty za rozpatrzenie wniosku czy ubezpieczenia.

Zresztą, najlepiej zapomnij o „jeśli”. Po prostu zawracaj uwagę i dopytuj o wszystkie koszty, bo naprawdę nie ma żadnej pewności, że jeśli już prowizja jest wysoka, to bank nie zechce zarobić jeszcze na ubezpieczeniu. Albo na tym, że nie wykorzystujesz kredytu w pełni lub spłacasz go z wyprzedzeniem. Wciąż jeszcze funkcjonują opłaty za wcześniejszą spłatę kredytu, a w przypadku tzw. linii kredytowej często pojawia się również „oprocentowanie”… niewykorzystanej kwoty kredytu.

Jak widać banki chcą zarobić nie tylko na tym, że zaciągasz u nich kredyt, ale także na tym, że go spłacasz.

Oczywiście lata pracy, jaką banki włożyły w ukrywanie opłat tak, aby nie rzucały się w oczy miały – paradoksalnie – spory wpływ na świadomość i edukację przedsiębiorców, ale wciąż jeszcze są osoby, którym zdarza się na jakieś opłaty naciąć.

2. Koszty poznajemy w ostatniej chwili

Tym bardziej, że często wcale tych opłat… po prostu nie znamy. Strona internetowa czy materiały promocyjne kuszą hasłami „oprocentowanie już od…” czy „prowizja nawet…”, ale poziom oprocentowania i opłat w twoim indywidualnym przypadku pojawia się często dopiero po akceptacji wniosku kredytowego. I nierzadko ma niewiele wspólnego z tym, o którym wspomina reklama (chyba że mówimy o tzw. małym druczku).

Dopiero na sam koniec pojawia się zwykle także konieczność wykupienia dodatkowego ubezpieczenia. Jego wartość dla ciebie najczęściej jest żadna lub znikoma – to po prostu źródło dodatkowego przychodu dla banku.

Wtedy jednak często jest już na tyle późno, że zrezygnowany akceptujesz koszty, na które w normalnych warunkach byś się nie zgodził. Gdy terminy gonią, możesz już po prostu nie mieć czasu szukać alternatywy.

3. Błyskawiczna decyzja kredytowa? Tak! Ale jednak… nie

A czasu możesz mieć rzeczywiście niewiele. Banki często chwalą się szybkim procesem kredytowym, ale ten medal potrafi mieć dwie strony. Czasami szybka jest tylko wstępna decyzja kredytowa, a czasami rzeczywiście, decyzja jest błyskawiczna – ale jest poprzedzona wielodniową (a czasem nawet wielotygodniową) drogą przez mękę, z wypełnianiem formularzy i kompletowaniem dokumentacji.

Wydawałoby się, że cały proces ubiegania się o kredyt powinien być łatwiejszy, jeśli składasz wniosek do banku, w którym od lat prowadzisz firmowy rachunek, ale niestety – to wcale nie jest oczywiste. Wiemy o tym z własnego doświadczenia.

4. Banki nie interesują się klientem – lub interesują się nim za bardzo

W przypadku kredytów dla mikroprzedsiębiorców, jest też jeszcze jeden problem. Małe firmy to grupa bardzo różnorodna i o stosunkowo niewielkich potrzebach kredytowych (w większości są to kwoty rzędu dziesięciu do kilkudziesięciu tysięcy złotych). Różnorodność utrudnia bankom zautomatyzowaną analizę zdolności kredytowej, z kolei stosunkowo niewielka kwota kredytu utrudnia indywidualne podejście.

Efekt jest taki, że banki albo udzielają kredytów nie wnikając szczególnie w sytuację przedsiębiorcy, albo stawiają im bardzo wysokie wymagania – wyższe, niż faktycznie są potrzebne.

W tym pierwszym przypadku może okazać się, że kredyt trafi do przedsiębiorcy, który – mówiąc wprost – nie powinien go dostać, gdyż jego aktualna sytuacja oraz historia w zakresie cash flow sugerują spore ryzyko kłopotów ze spłatą zobowiązania.

W drugim przypadku banki skutecznie odfiltrowują tych przedsiębiorców, którzy mogliby mieć problemy ze spłatą, ale wraz z nimi „przepada” też duża część solidnych kredytobiorców. W dodatku dzieje się to sporym wysiłkiem (dokumentacja!) i niestety – wysiłkiem przedsiębiorców.

Sytuacja bez wyjścia?

Czy tak musi być? Na szczęście – nie!

Tradycyjna metoda oceny wiarygodności kredytowej rzeczywiście może być trudna w przypadku najmniejszych przedsiębiorstw. Żyjemy jednak w XXI wieku i z pomocą przychodzi nam technologia, zaawansowane modele statystyczne i algorytmy uczące. Ryzyko kredytowe można bardzo skutecznie szacować analizując historię rachunków bankowych. Mogłyby to robić także banki, ale na przeszkodzie stoją dwie kwestie.

Po pierwsze, w zautomatyzowany sposób mogłyby analizować w ten sposób wyłącznie swoich klientów. Po drugie, banki nie zawsze potrafią wycisnąć z takiej analizy maksimum wiedzy. Zresztą nie mają ku temu specjalnie motywacji, bo jako duże instytucje mają wiele innych grup klientów, w tym także mniej „kłopotliwe”.

I w tym właśnie miejscu na scenę wkraczają firmy z branży fintech, takie jak Kredytmarket. Dysponujące najnowocześniejszymi rozwiązaniami technologicznymi, elastyczne i na tyle niewielkie, by móc skoncentrować się na jednej z tych grup klientów, którą banki chcąc nie chcąc traktują po macoszemu – mikroprzedsiębiorcach.

Przewaga fintech?

Przede wszystkim, ubiegając się o kredyt, nie musisz praktycznie przejmować się tym, w którym banku prowadzisz firmowy rachunek. Kredytmarket dzięki usłudze Kontomatik, obsługuje wszystkie popularne banki w Polsce.

To jednak dopiero początek. W Kredytmarket nie cierpimy papierologii równie serdecznie, jak Ty – a może nawet bardziej. Jesteśmy przekonani, że w XXI wieku nie jest ona po prosu potrzebna. I nie są to puste słowa: kredyt od Kredytmarket weźmiesz nie składając ani jednego podpisu na papierze!

To jednak wciąż nie wszystko: nie tylko nie lubimy papierowych dokumentów, ale także uważamy, że nawet elektroniczne formalności należy ograniczyć do minimum. To nie są puste deklaracje: średni czas wypełnienia wniosku kredytowego w Kredytmarket to mniej niż… trzy minuty! W ciągu kolejnych piętnastu otrzymasz decyzję kredytową. Wszystko w pełni online, nie wychodząc z biura (lub z domu!), w czasie pomiędzy pierwszym i ostatnim łykiem kawy.

Zbyt piękne, aby było prawdziwe?

Nie, po prostu tak to powinno wyglądać! I dzięki technologii tak jest. Nasz system w ciągu kilku minut jest w stanie przeanalizować dane z Twojego rachunku bankowego oraz połączyć się z bazą BIK czy GUS, zastępując pracę, którą jeszcze niedawno wykonywałby analityk kredytowy.

I co prawda opieramy się na technologii (w ocenie wniosków wykorzystujemy nawet sztuczną inteligencję), ale w kontaktach z klientami polegamy na ludziach. Dzwoniąc czy pisząc do nas, możesz być pewny, że trafisz na człowieka, a nie na zaprogramowany skrypt. Bo technologię należy stosować tam, gdzie polepsza usługę – a nie tam, gdzie czyni ją nieznośną.

Przeczytaj także:

Jak oceniasz powyższy artykuł?

Kliknij wybraną gwiazdkę by ocenić go!

Średnia ocena / 5. Liczba ocen:

Przykro nam, że artykuł Cię rozczarował!

Pomóż nam go ulepszyć!

Justyna Skorupska

Entuzjastka fintechu i literatury fantastycznej. Zawodowo związana z marketingiem od 7 lat. W Kredytmarket dba o wizerunek firmy